Tagi: ,

Miał katolicki... nos

Św. Klemens Hofbauer (Dworzak) - redemptorysta. Wspomnienie: 15 marca Żył w latach: 1751-1820 Patron piekarzy, Wiednia, Warszawy

„Nie chciałbym, by ktokolwiek przewyższył mnie w wierze...” – Mawiał. „Nie rozumiem, jak to się dzieje, gdy ktoś powątpiewa o prawdach wiary?... Jestem, – co prawda – grzesznikiem, ale jednego mi Bóg udzielił, mianowicie wiary, której nie chciałbym z nikim zamienić”. „Nie uczyłem się zbyt wiele, ale mam nos katolicki” – dodawał żartem. „Bardziej wierzę nieomylnym orzeczeniom Kościoła, niż temu, co widzą moje oczy. Orzeczenia, bowiem Kościoła są naprawdę nieomylne, a nasze oczy podlegają wielu złudzeniom” – mawiał.

Człowiekiem tak niewzruszonej wiary był Klemens Maria (Jan Ewangelista, – bo tak został ochrzczony) Hofbauer (po czesku: Dworzak). Przyszedł na świat w monarchii austriackiej – w morawskich Tasowicach. Miał jedenaścioro rodzeństwa! Jego ojciec - Czech z Budziejowic - był czeladnikiem masarskim, matka - córką rzeźnika. W wieku 16 lat został pomocnikiem piekarza w Znojmie, a następnie kamerdynerem i uczniem w pobliskim opactwie norbertanów. Po ukończeniu szkoły klasztornej został pustelnikiem w Tivoli we Włoszech. Po dwóch latach odkrył jednak, że Bóg żąda od niego życia czynnego. Powrócił do Wiednia i podjął pracę w piekarni. Dzięki pomocy zamożnych niewiast rozpoczął studia teologiczne, które kontynuował w Rzymie. W 1785 r. został księdzem w Zgromadzeniu Najświętszego Odkupiciela (redemptoryści).

Dwadzieścia jeden lat życia spędził w Warszawie. Pełnił tu posługę skierowaną głównie do zamieszkujących miasto Niemców, ale nigdy nie czynił rozróżnień pomiędzy nimi a innymi narodowościami i wyznaniami. Polacy bardzo go cenili. Troszczył się o dzieci i młodzież, zainicjował działalność wielu szkół i sierocińca. Pewnego dnia, zbierając w Warszawie datki dla sierot, zajrzał do jednego z lokali, gdzie przy stole, – na którym piętrzyło się wiele monet – grało w karty trzech mężczyzn. Kiedy poprosił ich o parę groszy dla dzieci, jeden z nich wstał i napluł mu w twarz. To dla mnie, ale proszę dać coś też dla moich sierot” – powiedział redemptorysta, ze spokojem ocierając oplute lico. Postawa Świętego zawstydziła grających. Główny winowajca nie tylko dał Klemensowi hojną jałmużnę, ale także – odszukując go później – wyspowiadał się u niego i odmienił swoje życie. Kiedy brakowało mu pieniędzy na działalność charytatywną – z wiarą i ufnością pukał do tabernakulum. Nigdy się nie zdarzyło, żeby jego prośba pozostała nie wysłuchana. Angażował się w pracę duszpasterską, m.in. „misję nieustanną”, rekolekcje, duszpasterstwo księży.

Po bezskutecznych usiłowaniach założenia domu zakonnego w Szwajcarii, w Niemczech i na Warmii, wygnany przez rząd Księstwa Warszawskiego z Warszawy, w 1808 r. powrócił do Wiednia. Stał się wtedy wielkim „Apostołem Wiednia” - animatorem kulturalnym i religijnym; wspierał nędzarzy. Był niedościgłym ewangelizatorem – organizując spotkania dyskusyjne brał pod swą pieczę nawróconych protestantów, ludzi sztuki, nauki, przedstawicieli romantyzmu. Przyjaźnił się z wieloma protestantami. Byli wśród nich m.in. wybitny poeta i filozof Fryderyk Schlegel i jego żona Dorota. Pełen taktu i umiaru redemptorysta nigdy nie zarzucił jednak chęci przyciągnięcia ich do Kościoła katolickiego. „No, kiedy wreszcie zdejmiecie te czarne pończochy?” – Pytał z humorem. Czarne pończochy, – jako że nosili je zwolennicy Lutra i Kalwina - były dla niego, bowiem oznaką wyznawania protestantyzmu.

Był zaciekłym przeciwnikiem „józefinizmu”, który dążył do podporządkowania Kościoła państwu. „Ludowa pobożność” Klemensa i lekceważenie przez niego przepisów antykatolickiego józefińskiego prawa nie podobała się „oświeconym” urzędnikom i duchownym. „Taki sposób głoszenia kazań tchnie głębokim średniowieczem. Ten sfanatyzowany bigot cofa nas o całe stulecia” – mawiali. „Sfanatyzowany bigot” nie przejmował się jednak taką krytyką. Robił wszystko, by przyciągnąć ludzi do Boga. Pewnego dnia podczas podróży wozem pocztowym siedział naprzeciwko młodego mężczyzny, który ordynarnie drwił z księży i ze wszystkiego co święte. Kiedy wóz zatrzymał się na obiad i odpoczynek, okazało się, że człowiek ten nie może opuścić pojazdu z powodu niewładnych nóg. Redemptorysta wziął go na ramiona i zaniósł do gospody. Gest miłości wzruszył antyklerykała. Podczas dalszej podróży wyznał, że nie zostałby takim antyklerykałem, gdyby wcześniej spotkał takiego księdza jak Klemens.

Miał też Klemens swoje wady. Chętnie, bowiem opowiadał o sobie i często zdawał się dawać innym do zrozumienia, że jego osąd jest najsłuszniejszy. Uznawał to jednak za swoją główną słabość. „Jestem próżny i pyszny. Bóg mi te wady zostawił, gdyż w przeciwnym razie byłbym gotów całować własną rękę” – twierdził. Był przy tym człowiekiem niezwykle skromnym. Nie podobały mu się bogate, światowe i eleganckie stroje duchownych. Ozdobne jedwabne pasy, którymi kapłani przepasywali sutanny, uważał za oznakę próżności.

Był wrogiem bezbożnej prasy i kłamliwych powieści, bardziej cenił też dobroć niż mądrość. Nie miał cierpliwości do „świętoszków”, którzy przystępując do konfesjonału wyznawali mu, że nie mają się, z czego spowiadać i opowiadali mu o cudzych przewinieniach. Dotyczyło to w szczególności kobiet. „To już jesteś święta, trzeba tylko postawić przy tobie zapalone świece!”. Pewnego razu udał się do umierającego człowieka, który przez 20 lat nie był u spowiedzi, a przed śmiercią nie chciał nawet widzieć kapłana. „Wynoś się i zostaw mnie w spokoju!” - Wrzeszczał wściekły bezbożnik. „Nie, nie odejdę! Już zbliża się twój koniec. Widziałem w życiu wiele śmierci ludzi pobożnych, teraz chcę przynajmniej raz zobaczyć jak umiera potępieniec!” – Stwierdził Klemens. Podziałało. Przerażony chory szczerze się wyspowiadał i umarł pojednany z Bogiem, przyciskając do piersi krucyfiks i dłoń świątobliwego redemptorysty.

Śmierć Klemensa okryła Wiedeń powszechną żałobą. Redemptorysta został kanonizowany przez papieża Piusa X w 1909 r. Hagiographus


Dodaj Komentarz